piątek, 29 marca 2013

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

No to jadę przechwycić rodzinę. Dla ułatwienia przygotowałam tabliczkę (i nawet zawęziłam grupę odbiorców).
Biorę pierwszą rodzinę (chłopów), która podejdzie
No to w drogę

Możliwe, że blog teraz będzie miał zastój. A możliwe, że nie.

niedziela, 6 stycznia 2013

Biały Jeleń

Wielka chwila! Wielki moment! Po siedmiu latach pracy (z przerwami, oczywiście) zakończyłam mój komiks pod tytułem "Biały Jeleń"! Tak, tak samo jak to mydło. Może firma Pollena chciałaby zostać sponsorem publikacji książkowej tego dzieła? Wiem, że nie jest to dzieło sztuki, ale rozpiera mnie ogromna duma i radość, że zakończyłam tę historię. Lubię rysować i chociaż nie poświęcam temu tyle czasu ile bym chciała, to cieszę się, że będąc tutaj (na Tajwanie) udało mi się zamknąć ten 181 stronicowy rozdział w życiu. W ciągu tych 7 lat i zmieniłam styl rysowania (pogrubiłam trochę szyje bohaterów, ale i tak niewystarczająco :D), nie raz sięgałam do innych komiksów, albumów, gier komputerowych czy internetu, by podejrzeć, jak narysować las, krzak, wioskę, pożar, rękę, nogę, jelenia, ognistą kulę.... dużo by wymieniać! Taki miły początek roku!

sobota, 5 stycznia 2013

Zegarkom rtęć!

Ważne wydarzenie, które zapowiadałam jako "Już jest blisko" nie było zawieszeniem witryny, na której mam bloga, ale tak jakoś wyszło. Także na razie publikuję notatkę na tym blogu, z którego kiedyś musiałam się wyprowadzać ze względu na chińską cenzurę internetową, ale teraz mogę skorzystać z jego istnienia. Czas się zatrzymał! Wracając w podskokach z punktu kserowania i skanowania (dlaczego w podskokach? o tym w niedzielę) zauważyłam, że wskazówki w moim klawym zegarku za 25 zł z Weltbilda przestały się poruszać. Już się to wcześniej zdarzało, ale jak poruszałam trochę pokrętłem, to sytuacja wracała do normy. Jednak tym razem zegarek stanął na wieki. Albo do momentu zmiany baterii... albo nie. Szczęśliwie się złożyło, że zegarmistrz był zaraz obok punktu ksero. Wręczyłam fachowcowi zegarek, stwierdzając, że nie chodzi i chyba trzeba wymienić baterię. Pan na to, że na pewno, ale już ja wiedziałam, dlaczego użyłam słowa chyba. No i pan po sekundzie też się dowiedział. Zegarek w środku był zardzewiały. Tak to jest, jak się pcha z zegarkiem do wody... (a mówili, że wodoodporny). No to skoro nici z wymiany baterii, to stwierdziłam, że pooglądam sobie czasomierze dostępne w sklepie. Nic mnie nie powaliło na kolana, a ceny też niezbyt niskie (od 500 NTD w górę, czyli ok. 55 zł) jak na to, że chcę jak najprostszy zegarek do noszenia na co dzień. Skoro ceny zaczynają się od 500 NTD i to jeszcze za średnio ładny zegarek, to może zaszaleję i kupię sobie patriotyczny czasomierz za 490 NTD. Do wyboru są następujące (zdjęcia ze strony sklepu Chiang's Talk):
Co radzicie? Dla porównania mój obecny zegarek:

wtorek, 27 października 2009

Zastępstwo

Dzień dobry.
Tego postu nie pisze właścicielka bloga, jeno zły haker co jej się włamał na bloga, podstępnie wyłudziwszy hasło. Chciałem donieść, że z powodów technicznych, mianowicie konieczności używania specjalnego programu odblokowującego by dostać się na serwis blogowy, co ostatnio doprowadziło do niemożności dokonania tego, Król Wsi przeniósł swój blog na mniej problematyczny serwis. Obecny adres to:
http://krolwsi.blog.com (proszę zwrócić uwagę jaki łatwy do zapamiętania i jaką ma światową domenę)
Wkrótce powinien tam być komplet zaległych wpisów.

Pozdrawiam
Haker Adam

sobota, 10 października 2009

Budda w Leshan

Dzisiaj znowu zostawiam slad, zeby potem uzupelnic.
Wielki Budda w Leshan naprawde jest wielki.

piątek, 9 października 2009

Chengdu, Jiuzhaigou

Zostawiam tu slad, pozniej opisze i wrzuce foty.

Na razie tyle: Trzesienie ziemi w Syczuanie (Sichuan) pozostawilo po sobie straszne skutki, a droga przez te tereny jest szalona.

czwartek, 1 października 2009

Taishan










Taishan 泰山, czyli góra Tai, jest uważana za najważniejszą z 5 świętych gór taoizmu w Chinach. Znajduje się 100 km od stolicy prowincji Shandong 山东, Ji'nanu 济南, jej wysokość to 1545 metrów. I tą właśnie górę postanowiliśmy zdobyć! Pierwotny plan zakładał wejście i zejście za dnia, ale jakoże przyłączyli się do nas Tomasz z Czech i Michał ze Słowacji, którzy zakładali tylko jedną opcje - wieczorem wspinaczka, rano- zejście(po drodze wschód słońca), to też zmieniłyśmy nasze zamiary. W ten sposób trochę namieszałyśmy w planach trójki sympatycznych Chińczyków, których poznałyśmy w Qingdao i którzy się nami zajęli w Tai'an 泰安 (miasto u stóp Taishan).
Wcześniej wiele osób mówiło nam, że zdobycie Taishan jest męczące, ale jakoś się tym specjalnie nie przejmowaliśmy, około 18.00 pełni zapału rozpoczęliśmy wspinaczkę. Wspomnę tylko, że słońce zachodzi ok. 18.10 i całą drogę przebyliśmy po ciemku. Na szczęście księżyc w pełni oświetlał nam trasę. A trasa wyglądała tak: schody, schody i znowu schody. Schodom nie ma końca na Taishan. Co pewien czas robiliśmy postój u przydrożnych sprzedawców kulących się w ciepłych kurtkach, kupowaliśmy zupki instant i jajka na twardo. Raz poszliśmy też na herbatę, znajomy znajomego Chinki, która z nami poszła, zabrał nas do jakiegoś dziwacznego pomieszczenia, ni to knajpa ni hotel. Wybraliśmy "herbatę dziewicy" - specjalność regionu, gdy już wszystko podali, zapytaliśmy o cenę (czajniczek + 7 czarek, możesz dolewać wrzątku, ile chcesz) - 300 yuanów. Szczęki nam opadły, powiedzieliśmy naszej Chince, że nie mamy tyle pieniędzy. Zupełnie nie wiedzieliśmy co robić, 300 yuanów to chyba "herbata z dziewicy". Zakłopotani, nawet nie zaczęliśmy pić, w końcu znajomy znajomego wziął to na siebie i powiedział, że zapłaci. Było nam strasznie głupio, ale z drugiej strony byliśmy przekonani, że na pewno nie zapłacił takiej kwoty... Wyruszyliśmy w dalszą drogę. Robiło się coraz chłodniej, a im wyżej, tym bardziej wzmagał się wiatr. Od Łuku Nieśmiertelności 升仙坊 (Sheng Xianfang), kolejne odcinki stopni zrobiły się nieznośnie długie. W końcu dotarliśmy na szczyt. Tu przywitała nas niemalże ulica handlowa: hotele, restauracje, małe sklepiki. Wspinając się nie wiedzieliśmy czy będziemy mieli gdzie spać (ekstremalne rozwiązanie, to przekoczowanie w grubym płaszczu, który można wypożyczyć), ale od razu zaczęto nas namawiać na hotel. Całkiem tanio, 30 yuanów od osoby. Jednak my mieliśmy upatrzony nocleg tuż przy miejscu obserwacji wschodu słońca. Wiązało się to z dodatkową, 30 minutową wspinaczką. Zmęczeni, ale ruszyliśmy dalej. Udało się, ok. 23 wspięliśmy się na najwyższy szczyt pasma Taishan, czyli Szczyt Nefrytowego Cesarza 玉皇顶 (Yuhuang Ding). W upatrzonym miejscu znalazły się dla nas łóżka, 20 yuanów od osoby. Mała klitka 3 trzypiętrowe łóżka, sami faceci, wszyscy spoglądają z zaciekawieniem. Gdyby nie towarzystwo Czecha, Słowaka i Chinki, na pewno nie zgodziłabym się, żebyśmy tu zostali:P. Zabrakło jednego miejsca, dlatego z Anią spałyśmy w dwójkę. Było zimno; nietoperz, albo jakiś ptak wleciał przez okno, a do tego Chińczycy w pewnym momencie zaczęli rozmawiać między sobą w dialekcie, tak żebyśmy ich nie rozumiały. Toteż noc nie była lekka. Zebraliśmy się z łóżek o 5.30, by zdążyć na wschód słońca. Sporo ludzi już czekało. Około godziny 6, gdy już się rozjaśniło, zaczęliśmy tracić nadzieję (często niebo jest zbyt zachmurzone i nie widać wschodu). Już miałyśmy wracać, gdy nagle ktoś zawołał 日出来了 ri chu lai le tzn. "słońce wychodzi". Udało nam się i dla tego widoku warto było podjąć to szalone wyzwanie...
cdn.