Dzień dobry.
Tego postu nie pisze właścicielka bloga, jeno zły haker co jej się włamał na bloga, podstępnie wyłudziwszy hasło. Chciałem donieść, że z powodów technicznych, mianowicie konieczności używania specjalnego programu odblokowującego by dostać się na serwis blogowy, co ostatnio doprowadziło do niemożności dokonania tego, Król Wsi przeniósł swój blog na mniej problematyczny serwis. Obecny adres to:
http://krolwsi.blog.com (proszę zwrócić uwagę jaki łatwy do zapamiętania i jaką ma światową domenę)
Wkrótce powinien tam być komplet zaległych wpisów.
Pozdrawiam
Haker Adam
wtorek, 27 października 2009
sobota, 10 października 2009
Budda w Leshan
Dzisiaj znowu zostawiam slad, zeby potem uzupelnic.
Wielki Budda w Leshan naprawde jest wielki.
Wielki Budda w Leshan naprawde jest wielki.
piątek, 9 października 2009
Chengdu, Jiuzhaigou
Zostawiam tu slad, pozniej opisze i wrzuce foty.
Na razie tyle: Trzesienie ziemi w Syczuanie (Sichuan) pozostawilo po sobie straszne skutki, a droga przez te tereny jest szalona.
Na razie tyle: Trzesienie ziemi w Syczuanie (Sichuan) pozostawilo po sobie straszne skutki, a droga przez te tereny jest szalona.
czwartek, 1 października 2009
Taishan
Taishan 泰山, czyli góra Tai, jest uważana za najważniejszą z 5 świętych gór taoizmu w Chinach. Znajduje się 100 km od stolicy prowincji Shandong 山东, Ji'nanu 济南, jej wysokość to 1545 metrów. I tą właśnie górę postanowiliśmy zdobyć! Pierwotny plan zakładał wejście i zejście za dnia, ale jakoże przyłączyli się do nas Tomasz z Czech i Michał ze Słowacji, którzy zakładali tylko jedną opcje - wieczorem wspinaczka, rano- zejście(po drodze wschód słońca), to też zmieniłyśmy nasze zamiary. W ten sposób trochę namieszałyśmy w planach trójki sympatycznych Chińczyków, których poznałyśmy w Qingdao i którzy się nami zajęli w Tai'an 泰安 (miasto u stóp Taishan).
Wcześniej wiele osób mówiło nam, że zdobycie Taishan jest męczące, ale jakoś się tym specjalnie nie przejmowaliśmy, około 18.00 pełni zapału rozpoczęliśmy wspinaczkę. Wspomnę tylko, że słońce zachodzi ok. 18.10 i całą drogę przebyliśmy po ciemku. Na szczęście księżyc w pełni oświetlał nam trasę. A trasa wyglądała tak: schody, schody i znowu schody. Schodom nie ma końca na Taishan. Co pewien czas robiliśmy postój u przydrożnych sprzedawców kulących się w ciepłych kurtkach, kupowaliśmy zupki instant i jajka na twardo. Raz poszliśmy też na herbatę, znajomy znajomego Chinki, która z nami poszła, zabrał nas do jakiegoś dziwacznego pomieszczenia, ni to knajpa ni hotel. Wybraliśmy "herbatę dziewicy" - specjalność regionu, gdy już wszystko podali, zapytaliśmy o cenę (czajniczek + 7 czarek, możesz dolewać wrzątku, ile chcesz) - 300 yuanów. Szczęki nam opadły, powiedzieliśmy naszej Chince, że nie mamy tyle pieniędzy. Zupełnie nie wiedzieliśmy co robić, 300 yuanów to chyba "herbata z dziewicy". Zakłopotani, nawet nie zaczęliśmy pić, w końcu znajomy znajomego wziął to na siebie i powiedział, że zapłaci. Było nam strasznie głupio, ale z drugiej strony byliśmy przekonani, że na pewno nie zapłacił takiej kwoty... Wyruszyliśmy w dalszą drogę. Robiło się coraz chłodniej, a im wyżej, tym bardziej wzmagał się wiatr. Od Łuku Nieśmiertelności 升仙坊 (Sheng Xianfang), kolejne odcinki stopni zrobiły się nieznośnie długie. W końcu dotarliśmy na szczyt. Tu przywitała nas niemalże ulica handlowa: hotele, restauracje, małe sklepiki. Wspinając się nie wiedzieliśmy czy będziemy mieli gdzie spać (ekstremalne rozwiązanie, to przekoczowanie w grubym płaszczu, który można wypożyczyć), ale od razu zaczęto nas namawiać na hotel. Całkiem tanio, 30 yuanów od osoby. Jednak my mieliśmy upatrzony nocleg tuż przy miejscu obserwacji wschodu słońca. Wiązało się to z dodatkową, 30 minutową wspinaczką. Zmęczeni, ale ruszyliśmy dalej. Udało się, ok. 23 wspięliśmy się na najwyższy szczyt pasma Taishan, czyli Szczyt Nefrytowego Cesarza 玉皇顶 (Yuhuang Ding). W upatrzonym miejscu znalazły się dla nas łóżka, 20 yuanów od osoby. Mała klitka 3 trzypiętrowe łóżka, sami faceci, wszyscy spoglądają z zaciekawieniem. Gdyby nie towarzystwo Czecha, Słowaka i Chinki, na pewno nie zgodziłabym się, żebyśmy tu zostali:P. Zabrakło jednego miejsca, dlatego z Anią spałyśmy w dwójkę. Było zimno; nietoperz, albo jakiś ptak wleciał przez okno, a do tego Chińczycy w pewnym momencie zaczęli rozmawiać między sobą w dialekcie, tak żebyśmy ich nie rozumiały. Toteż noc nie była lekka. Zebraliśmy się z łóżek o 5.30, by zdążyć na wschód słońca. Sporo ludzi już czekało. Około godziny 6, gdy już się rozjaśniło, zaczęliśmy tracić nadzieję (często niebo jest zbyt zachmurzone i nie widać wschodu). Już miałyśmy wracać, gdy nagle ktoś zawołał 日出来了 ri chu lai le tzn. "słońce wychodzi". Udało nam się i dla tego widoku warto było podjąć to szalone wyzwanie...
cdn.
poniedziałek, 28 września 2009
Plany upadają i powstają znowu
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zaczął mnie przerażać nasz szalony plan podróży, wszystko niby dokładnie zaplanowane, ale nie można kupić biletów, a jak gdzieś się zostanie, to cały plan runie. Pojechałyśmy na dworzec, chcąc kupić bilet będący w zasięgu 5 dni: Qufu 曲阜 - Luoyang 洛阳. Miałyśmy upatrzony pociąg nocny, który jechał 8 godzin i przyjeżdżał o 5 rano na miejsce. Chwila niepewności i są bilety! Stojące... Nie, podziękujemy, nasz plan nie zakładał odpoczywania w dzień. Gdy zapytałyśmy o następny dzień, to pani odparła, że na następny dzień można kupić bilet dopiero jutro, dziś nie sprzedają. Najlepiej pojawić się o 8, żeby zawalczyć z milionem Chińczyków o bilet. Eeee... Spasowałyśmy, to dopiero pierwszy bilet, a co będzie potem? Obmyśliłyśmy inny plan. Najpierw powspinamy się na Taishan, wrócimy do Qingdao, a potem polecimy do Chengdu samolotem tam i spowrotem, a do Luoyangu i Xi'anu (czyt. Si'an) pojedziemy w jakiś weekend (wydłużony troszkę :P). Wiadomo, że bilety na samolot drogie, ale ruszyć się gdzieś warto, a poza tym dostałyśmy namiary na stronę z bardzo dobrymi cenami biletów!
Witaj przygodo.
Zdjęcia później (a i tak nie na temat :P).
Witaj przygodo.
Zdjęcia później (a i tak nie na temat :P).
niedziela, 27 września 2009
Plany, plany, poczta
Witaj przygodo, czyli planowanie październikowego wolnego. Od 1 października zaczyna się w Chinach Złoty Tydzień. Świętuje się wtedy rocznicę ustanowienia Chińskiej Republiki Ludowej (1.10.1949 r.). W tym roku jest to 60-ciolecie, a do tego w Złotym Tygodniu przypada Święto Środka Jesieni, Zhongqiu jie 中秋节. Tak samo jak w Polsce, tak i tutaj w święta mnóstwo ludzi wraca do domu, lub odwiedza krewnych. Jest tłoczno, a ceny też trochę skaczą do góry. No ale co zrobić, my też mamy wolne na uczelni, więc dobrze by było wykorzystać ten czas. Plany mamy ambitne: Taishan 泰山, Qufu 曲阜, Luoyang 洛阳, Xi'an 西安, Chengdu 成都, Jiuzhaigou 九寨沟. Dystans do pokonania: 2682 km , dni: 11. Nie powiem, żebym była spokojna, z reguły chce mieć wszystko zaplanowane, a tutaj nie dość, że biletów nie można kupić z więcej niż 5 dniowym wyprzedzeniem (a jak już są dostępne, to rozchodzą się w kilka godzin), to jeszcze nie mam pojęcia, jak dotrzeć do połowy zabytków. Ech, trzeba się wziąć w garść i wyruszyć w drogę. Chiny są zbyt duże, by nigdzie teraz nie jechać. Mamy już pierwszy bilet na pociąg, kosztował nas 140 yuanów (nie udało nam się dostać za 70 yuanów, bo już wszystko wyprzedane), ale zatknęłyśmy już pierwszą chorągiewkę na naszej mapie. Co będzie dalej, nie wiem...
A z zupełnie innej beczki, to zachwycające jest to, że nawet na poczcie można dostać niższą cenę, jak się pomarudzi, że za drogo. Koleżanka chciała wysłać paczkę, w 8 dni będzie za ponad 200 yuanów, nie skorzystała, powiedziała, że chce najtańszą. Pan w okienku na to, że to pójdzie 2 miesiące aż, a będzie kosztować 120 yuanów. Jednak koleżance nie zależało na czasie i mówi, że ok. Na co pan wyciąga kalkulator, wykonuje skomplikowane działania (odejmowanie) i mówi, że może dać zniżkę i 150 yuanów za najszybszą. Dlaczego? Bo mnie zna (już tam wysyłałam dwa razy). To długa historia, ale ostatecznie stanęło na tym, że paczka będzie za 2 miesiące, bo pan podawał ceny określając wagę paczki na oko, a okazała się cięższa. Te Chiny :P
sobota, 26 września 2009
Olimpiada
Wczoraj impreza, więc można się było spodziewać, że dzisiejszy dzień nie będzie zbyt dynamiczny (chociaż, chociaż: dwa prania i wielkie omawianie planu, jak spędzić chiński Złoty Tydzień rozpoczynający się 1 października).
Tym razem zaprezentuję Pekin i Qingdao razem pod hasłem Olimpiada. Jak wszyscy zapewne pamiętają w 2008 roku Chiny z wielkim rozmachem zorganizowały sobie Olimpiadę. W tym celu powstały liczne obiekty sportowe. W tym słynny stadion Ptasie Gniazdo 鸟巢 oraz Basen Kostka 水立方. Można się do nich dojechać specjalną olimpijską linią metra, która ma aż 4 stacje (licząc pierwszą stację, łączącą tą linię z linią nr 10 - tu dygresja, w Pekinie póki co jest bodajże 7 linii metra, ale najwyższy numer linii to 13, ponieważ nie są one nadawane po kolei). Ostatni pociąg odjeżdża o 22. Wtedy też na placu przy obiektach sportowych gaszone są światła. Turysta nie wie, co się dzieje, ale dochodzi do wniosku, że trzeba wracać, no to kieruje się do metra, a tu kuku, zamknięte! Toteż trzeba było stoczyć wielki bój (tzn. targować się) z kilkoma prywatnymi kierowcami, kto zabierze najtaniej 5 obcokrajowców do hotelu :P. Tak przy okazji, w Pekinie miałam okazję spotkać się z moim uczniem :P, przyjechał ćwiczyć chiński i wushu.
W Qingdao miały miejsce regaty żeglarskie. Tutejsze Centrum Olimpijskie jest oczywiście o wiele mniejsze, niż w Pekinie. Nie ma metra (w ogóle nie ma metra w Qingdao), nie ma tylu ludzi. Nikt nie próbuje nam sprzedawać maskotek olimpijskich. Na terenie obiektu jest ulica dla zakochanych, zastanawiam się, czy już tam była i została winkorporowana w centrum olimpijskie, czy może powstała na jego terenie. Mniejsza z tym, miejsce fajne! A niedaleko jeden z bardziej charakterystycznych obiektów Qingdao, dziwaczny czerwony zawijas będący Pomnikiem Ruchu 4 Maja (generalnie dość ważne wydarzenie dla kultury w Chinach, 4 maja 1919 roku, ale nie czuję się kompetentna, żeby opisywać, o co biegało, a poza tym nie chcę przynudzać).
Subskrybuj:
Posty (Atom)